niedziela, 20 stycznia 2013

Rozdział 1


- Nie zgadniesz, kto dzisiaj zadzwonił- powiedziała mam, gdy wpadłam do domu po szkole jak burza, by szybko się przebrać, zjeść obiad i zabrać torbę na balet.
- Mamo, proszę, nie teraz. Spóźnię się na balet. Wtedy na pewno nie pojadę na ten spektakl do Paryża.
- Ale to zajmie Ci tylko minutkę. Dzwoniła Pattie Malette. Zaprosiła nas dzisiaj na kolację. Chciałabym, żebyś po pływaniu przyjechała szybciej niż zwykle.
- Nigdzie nie jadę- oznajmiłam i pobiegłam na górę.
- Jak to nigdzie nie jedziesz?
- Tak to. Mam dosyć pani Malette i jej debilnego synalka. Możesz powiedzieć, że mam jakieś zajęcia, że gdzieś wyjechałam, albo po prostu powiedz jej prawdę.
- Przecież zawsze lubiłaś spędzać czas z Justinem.
- Właśnie mamo. LUBIŁAM. I nie wymawiaj przy mnie tego idiotycznego imienia.
- Nie poznaję cie. Jak ty się w ogóle do mnie odzywasz?
- Normalnie. Przecież ty nigdy nie rozmawiasz ze mną jak matka z córką, tylko jak projektantka z pracownikiem. A wiec ja, jako parobek, się tobie sprzeciwiam. A teraz proszę wybaczyć, ale muszę lecieć na balet, bo i z tego mnie przez ciebie wyrzucą- syknęłam i wybiegłam z domu. Złapałam taksówkę i pojechałam na balet.

- Hope, mogę Cię prosić?
- Coś się stało?- Zapytałam zdziwiona. Otarłam się ręcznikiem z potu i zabrałam po drodze butelkę z wodą.
- Wyjazd do Paryża jest już za dwa miesiące. Nie damy rady bez intensywnych ćwiczeń- oznajmiła pani Lloyd, moja nauczycielka tańca.
- Rozumiem, ale...
- Hope, musisz wziąć się w garść. Jesteś najlepsza. Nie możesz pozawalać sobie na błędy. Pamiętasz zasady? Jeśli najlepszy popełnia błędy, cała grupa je popełnia.
- Rozumiem. Przepraszam, pani Lloyd. To się więcej nie powtórzy.
- Mam taką nadzieję- powiedziała, a ja ruszyłam do szatni.
- Hope!- Zawołała pani Lloyd, gdy już miałam wsiadać do taksówki.
- Tak?
- Pamiętaj, że gdyby coś się działo, możesz ze mną o wszystkim porozmawiać.
- Oczywiście, będę pamiętać- odparłam i wsiadłam do taksówki.
   Ale o czym ja miałabym jej powiedzieć? O tym, że niedawno widziałam chłopaka, w którym byłam nadal zakochana? Że mieszkamy w tym samym mieście już od trzech lat i dopiero teraz na siebie wpadliśmy? Że nie pamiętam, jak to jest mieć matkę, bo od kiedy ta została projektantką mody, to nic się dla niej nie liczy oprócz ciuchów? Że chciałabym mieć ojca, a nie weekendowego tatusia? Że chciałabym, aby moi dwuletni bracia mieli dom, jakiego ja nigdy nie miałam?
   Wysiadłam z taksówki, stwierdzając, że w moim życiu nie ma żadnych odpowiedzi, są za to miliony pytań. Byłam już spóźniona o całe piętnaście minut, wpadłam więc do sali ze scenariuszem, cała zdyszana.
- Czy nie sądzisz, że powinnaś z czegoś zrezygnować, McCartney?- Zapytał nauczyciel aktorstwa w naszej szkole.
- Nie rozumiem- odparłam.
- Czwarte spóźnienie w tym tygodniu.
- Próbował pan przejechać w godzinę z jednego końca Atlanty na drugi?
- czy ty śmiesz mi pyskować?- Zapytał. Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Nie, ja... Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy.
- Jeszcze jeden taki numer i nie lecisz z nami do Los Angeles.
- Naprawdę, przepraszam- powiedziałam i dołączyłam do reszty.

   Skonana, padłam na łóżko w swoim pokoju. Nie dane było mi jednak nacieszyć się spokojem, bo mój telefon dzwonił jak oszalały. Siedemnaście  nieodebranych połączeń od mamy. Zapowiadało się świetnie. Wybrałam jej numer i cierpliwie czekałam, aż skończy prawić swoje kazania.
- Masz tutaj w tej chwili przyjechać- zakończyła swój monolog.
- Ani mi się śni.
- Widzę cię za piętnaście minut, albo nie lecisz do żadnego Paryża.
- Żartujesz chyba. Nie możesz mi tego zrobić.
- Jestem z panią Lloyd cały czas w kontakcie. Sukienka i byty są w twojej garderobie. Pamiętaj, piętnaście minut- syknęła i rozłączyła się. Popatrzyłam ze złością w lustro. Miałam teraz pojechać i udawać, jak bardzo kocham moją mamę? Tak, Hope, masz udawać. Nie masz innego wyjścia, jeżeli chcesz coś osiągnąć bez pomocy mamy.
   Weszłam do garderoby, w której, istotnie, wszystko było przygotowane. Obok sukienki, butów, torebki i delikatnej bransoletki, która pasowała do kolczyków, które dostałam od taty tydzień temu (tak, domyśliłam się, że mam je włożyć), widniało zdjęcie jakiejś dziewczyny, która miała wytwornego koka. Na odwrocie przeczytałam, że właśnie tak powinnam spiąć swoje włosy i nie przesadzać z makijażem. Włożyłam bieliznę pod bladoróżową sukienkę i siłowałam się z zamkiem, który jakby na złość, właśnie w tej chwili się zaciął. Ubrałam wysokie czarne szpilki od Laboutina (mam nie kupowała innych butów, no, może z wyjątkiem butów dla moich braci), spięłam włosy w koka, takiego jak na zdjęciu i zrobiłam lekki makijaż (podkreślone oczy, delikatny podkład, odrobina różu i matowy błyszczyk). Zgarnęłam torebkę, po drodze wrzucając do niej telefon, a następnie klucze, gdy już w końcu wyszłam z domu. Złapałam taksówkę i pojechałam do restauracji, w której zazwyczaj spotykamy się z kimś bardzo ważnym. Od razu odnalazłam stolik, przy którym siedziała moja mam i spółka. Mama była ubrana w ,,małą czarną" a na nogach miała te same szpilki, co ja. Jej nadgarstek zdobiła bransoletka z ametystami. Moi bracia siedzieli po jej obu stronach ubrani w białe koszule jej marki i dopasowane czarne spodnie. Mieli idealne fryzurki, nad którymi pewnie pracował fryzjer mojej mamy. Pattie była ubrana w czerwoną sukienkę. Nie miała na sobie żadnej zbytecznej biżuterii, jedynie naszyjnik z literą J. Justin siedział obok niej i od razu mnie zauważył. Jego fryzura była jak zwykle idealna. Nie wyjął kolczyków z uszu, co musiało na pewno drażnić Pattie, gdyż od zawsze nienawidziła ,,ozdób" u chłopaków. Jus ubrany był w dopasowaną jeansową koszulę i luźne czarne spodnie. Na nogach miał jak zwykle supry.
- Dzień dobry- powiedziałam, siadając delikatnie z uśmiechem obok mojego brata, Dana.- Przepraszam za spóźnienie, musiałam zostać trochę dłużej na pływalni. Mam nadzieję, że nic się nie stało.
- Wow- wyrwało się Justinowi, a Pattie skarciła go wzrokiem.
- Tak, Amelia opowiadała, że masz dużo zajęć. Justin też jest strasznie zabiegany, ale biorąc pod uwagę twoje zajęcia, to Justin też powinien zacząć chodzić do szkoły.
- Nie sądzę, by to było konieczne- powiedział Justin, cały czas nie odrywając ode mnie wzroku.
- Nauczanie w domu nie jest jednak takie samo, jak w szkole, Justin- powiedziała mama, zwracając się do niego.
- W sumie... Mógłbym chodzić do tej samej szkoły co Hope- oznajmił Justin, a ja omal nie udławiłam się wodą, którą właśnie przyniósł dla mnie kelner. Mama tylko spojrzała na mnie karcąco.
- Justin jest zdolny, z pewnością mógłby nadrobić zaległości... W końcu rok dopiero co się zaczął- powiedziała Pattie, a ja w tym czasie zabijałam Justina wzrokiem.
- Nie znam nikogo w Atlancie, a Hope znam od dziecka. Myślę, że to świetny pomysł- powiedział Justin i posłał mi swój zabójczy uśmiech.
- Oczywiście- potaknęłam głową i uśmiechnęłam się promiennie.- Wspaniały.

   Wracaliśmy do domu razem z Justinem i Pattie, ponieważ Pattie nalegała na to, by zobaczyć, jak mieszkamy, na co mama chętnie przystała. Gdy weszliśmy, moi bracia bliźniacy od razu pobiegli do wspólnego pokoju. Mama, jak przystało na gospodynię, pomogła Pattie zdjąć okrycie i zawiesiła je na garderobie. Justin tylko rozpiął bluzę i stał w korytarzu. Ja natomiast udałam się do kuchni, gdzie nalałam sobie wody i usiadłam przy stole.
- Hope, może pokażesz Justinowi swój pokój?- Zapytała tonem, który mógłby brzmieć jak rozkaz.
- Jasne- odparłam z wyćwiczonym uśmiechem.- Chodź, Justin- powiedziałam słodko i ruszyłam na górę. Chwyciłam się poręczy, by przypadkiem nie upokorzyć się przed Justinem.
- Hope, zbudujmy wieże!- Krzyknął Nate.
- Nie wiedziałem, że masz dwóch braci- powiedział Justin, obserwując moich prawie identycznych braci.
- Potem, dobrze, Nate?- Powiedziałam i zręcznie wyminęłam Nate'a, który stanął mi na drodze.
- Ile oni właściwie mają lat?- Zapytał Justin, nadal idąc za mną.
- Witaj w moim królestwie- syknęłam i uśmiechnęłam się niewinnie, przepuszczając Justina w drzwiach mojego pokoju.
- Hope, zmieniłaś się- powiedział, siadając na moim łóżku.
- Nie, Justin. To życie mnie zmieniło. Ja po prostu dostosowałam się do reszty- powiedziałam i podeszłam do okna.
- Jak to jest możliwe, że mieszkaliśmy w tym samym mieście od trzech lat i dopiero teraz na siebie wpadliśmy?- Zapytał. Czułam na sobie jego wzrok.
- Niektórzy są tak wpatrzeni w czubek swego nosa, że po prostu nie zauważają innych.
- Mam tobie tak samo dużo do zarzucenia, co ty mi- powiedział szeptem. Moje oczy stały się mokre, ale w ciągu ostatnich trzech lat nauczyłam się doskonale maskować emocje. Życie i aktorstwo mogą nauczyć naprawdę niesamowitych rzeczy.
- Zobaczyłeś już mój pokój, możemy zejść na dół- odwróciłam się w stronę Justina i oniemiałam. Trzymał w ręku nasze wspólne zdjęcie, które zrobiliśmy trzy i pół roku temu na wycieczce szkolnej. Było to jedno z trzech zdjęć, jakie znajdowały się w pokoju. Na ścianie nad łóżkiem wisiało moje zdjęcie z pierwszych zajęć baletowych. Drugie zdjęcie stało na komodzie, było to nasze rodzinne zdjęcie. Te ostatnie, które Justin trzymał w ręku, było w szufladzie, którą przez nieuwagę zostawiłam otwartą.
- Tak, możemy już iść- powiedział i odłożył zdjęcie z powrotem na miejsce po czym wyszedł z mojego pokoju.
********************************************************************************

Jesteście? Dobijemy do 10 komentarzy pod rozdziałem?

Little Monster


Jeśli ktoś chce być powiadamiany o NN, proszę uprzejmie o pozostawienie swojego numeru GG lub Twittera  :)

http://LittleMonsterJW.odpowie.pl    <-- Pytania można zadawać ANONIMOWO!