wtorek, 19 lutego 2013
Rozdział 2
- Hope, jak myślisz, który kolor będzie pasował do tej sukienki?
- A jakie mamy do wyboru?- Zapytałam obojętnym tonem, siedząc w gabinecie mamy. Jej asystentka spojrzała na mnie ciekawym wzrokiem.
- Oj, Hope, więcej życia.
- Więcej życia? Nie poszłam przez Ciebie na balet. Na pewno nie zagram w tej sztuce.
- Nie musisz kończyć szkoły. Odziedziczysz po mnie firmę.
- Nie chcę robić tego, co Ty.
- To jak z tym kolorem?- Mama zmieniła temat.
- Blady róż, czarny albo czerwony. Nie, czerwony nie. Jest zbyt dziewczęca na czerwony kolor. Może błękitny, albo turkusowy?
- Myślę, że wystarczą dwa pierwsze. Zobaczymy, jak się sprzeda. Może zaprojektujesz coś?
- To ty jesteś projektantka, nie ja.
- Mogłabyś spróbować swoich sił. Zrobiłybyśmy młodzieżową kolekcję. Może Justin troszkę by Ci pomógł...
- Nie chcę projektować! I nie rozumiem, dlaczego się tak na niego uparłaś.
- Hope, nie rozumiem. zawsze świetnie dogadywałaś się z Justinem. O co chodzi?
- Mamo, miałam wtedy kilka lat. JA nie mam czasu. Muszę chodzić na treningi.
- A może Ty po prostu pozazdrościłaś Justinowi sławy?
- Mamo, sławy? On ma tysiące fanek sikających na jego widok i tyle samo osób, które w ogóle go nie akceptują. Nie chcę być sławna. Ja chcę być dobra.
- Chcesz byś doskonała, Hope, masz to po tacie. Nie można być we wszystkim doskonałym.
- Ja po prostu nie chcę być taka, jak Twój ideał Justin, rozumiesz?- zapytałam i poszłam do salonu. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu byłam w domu i naprawdę nie miałam co robić. Nudziło mi się, a projektowanie z mamą to ostatnia rzecz, jaką chciałam robić. Owszem, miałam talent, ale bardzo nie lubiłam tego robić. Mama uważała, że talent to dar od Boga, i nie wolno go marnować. Ale ja miałam też inne talenty i zamierzałam oddać się im, a nie projektowaniu. Chciałam udowodnić całemu światu, że nie pójdę w ślady matki. Powinnam być w tym czasie na balecie, ale mama stwierdziła, że przyda mi się mała przerwa.
Doskonale pamiętałam, jak pierwszy raz poszłam na balet. Tylko i wyłącznie dlatego, że strasznie się nudziłam, bo Justin w tym czasie grał w hokeja. Potem dołączyła do mnie moja odwieczna rywalka Caitlin Beadles, ale odpadła po pierwszej kontuzji. Ja nigdy się nie poddałam. Tylko sobie zawdzięczam to, że znajduję się na tak wysokim szczeblu. Nikt nigdy nie motywował mnie w żaden sposób. Rodzice nie byli ani razu na moim występie. Wręcz przeciwnie, zawsze byłam demotywowana. Mama twierdziła, że nie dla mnie balet. Ona widziała moją przyszłość w zupełnie innych barwach. Miałam zostać modelką, a nie brzydkim kaczątkiem. Chciałam zrobić wszystkim na złość, pokazać, jak bardzo się mylą. Nigdy nie byłam ich ukochaną córeczką. Ich córka zawsze miała być grzeczna, poukładana... A ja nie zamierzałam się dostosować.
Po raz pierwszy mama zdała sobie sprawę, że jestem dobra, gdy dostałam się do mojej obecnej szoły, trzy lata temu. To wtedy postanowiła, że dla mojego dobra (a raczej do jej rozwijającej się w szybkim tempie kariery) przeprowadzimy się do Stanów. To również wtedy dowiedziała się, że jest w ciąży, w dodatku z bliźniętami. Ale nie, to wcale jej nie przeszkodziło. Została najsławniejszą projektantką na świecie, tylko z tego powodu, że jej synowie urodzili się podczas jej pokazu. Uparła się, że nie pojedzie do szpitala, bo Fashion Week pójdzie w łeb. Urodziła za kulisami, a modelki przebierały się na korytarzu. Miały 25 sec, żeby przebrać się i przejść cały korytarz, a to było awykonalne. W efekcie modelki chodziły z rozwalonymi fryzurami, nie było czasu, żeby je poprawić. Jak powiedział Armani: ,,... w historii Fashion Week jeszcze nigdy nie było takiego zamieszania. Modelki chodziły z rozburzonymi fryzurami, co w efekcie dodawało pazura kreacjom Amelii". Tak, Armani pomagał mamie stawiać pierwsze kroki w modzie.
Trzy lata później, czyli teraz, jestem jedną z lepszych aktorek młodego pokolenia, których nie wylansował Disney. Jestem profesjonalną baletnicą. Występowałam już na deskach największych teatrów świata. Wygrałam młodzieżowe igrzyska olimpijskie Stanów Zjednoczonych, oczywiście w pływaniu. Czym zapłaciłam za takie szczęście? Hmmm, dla normalnego człowieka mój sukces byłby najlepszym, co można dostać od życia. Ja po części żałuję. Nie widziałam babci, odkąd przyjechała zobaczyć bliźniaków. Ostatni raz rozmawiałam z nią przez telefon, gdy wysłałam jej prezent urodzinowy. Nie byłam na pogrzebie dziadka, który zawsze był dla mnie bardzo ważny. Nie mam przyjaciół. nie mam znajomych. Rozróżniam moich braci tylko po charakterystycznych elementach, ale gdy stoją odwróceni do mnie tyłem, nadal nie wiem, który to który. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tatę. No i ostatnie: nie mam żadnego kontaktu z mamą. Mamy zupełnie inne wartości. Ona potrafi wszystko przeliczyć na pieniądze, ja nie. I chyba to nas najbardziej różni.
Pozbierałam się z kanapy, na której siedziałam leniwie i ruszyłam do swojego pokoju.
- Hooooope!- Usłyszałam wołanie z góry i przyspieszyłam kroku. Dan stał na środku korytarza z uśmiechem na twarzy.
- Co się stało?- Zapytałam, głaszcząc go po głowie.
- Chodź- powiedział jeszcze niewyraźnie i pociągnął mnie za rękę.
- O co chodzi?- Zapytałam, gdy weszliśmy do pokoju chłopaków.
- Nie ma nigdzie Nate'a- odparł smutno. uśmiechnęłam się i usiadłam na podłodze.
- Gdzie Nate może być?- Zapytałam i ujrzałam stópkę mojego drugiego brata wystającą spod sterty pluszaków. Usłyszałam w odpowiedzi słodki śmiech.
- Tu jest!- Złapałam Nate'a za stopę i pociągnęłam w swoją stronę. Przejechał po panelach na plecach ze śmiechem.
- Tu jestem, jestem!- Zawołał uśmiechnięty.- Dan! Chodź!- Pociągnął brata za rękę i uciekli do drugiego pokoju.
Wstałam i poszłam do swojego pokoju. Panował tu idealny porządek za sprawą naszej sprzątaczki. Sięgnęłam po swojego iPada i włączyłam muzykę. Ostatnio było to moje ulubione zajęcie. Nie miałam się za bardzo do kogo odezwać, więc wolałam słuchać muzyki, niż bezsensownej paplaniny mojej mamy. Zawsze kończyło się tak samo: wychodziłam z pomieszczenia, w którym ona przebywała. Nienawidzę tego, że nigdy nie potrafi mnie zrozumieć. Może za mało rozmawiamy? Wszystkie mamy zauważyłyby, ze jej dzieci przechodzą różne okresy, ale nie moja. Moja chyba nawet nie definiowała się do słowa mama.
Wieczorem jak zwykle przy stole nie mogło obyć się bez dyskusji na temat pokazu przyjaciela mamy, na który zostałyśmy zaproszone. Nie chciałam w nim uczestniczyć, mama dobrze o tym widziała.
- Hope, nie rozumiem, dlaczego nie chcesz się zgodzić.
- Mamo, nie bawi mnie takie koktajlowe życie. Nie chcę mieć nic wspólnego z wybiegiem. Nie potrafisz tego wreszcie zrozumieć? Tłukę Ci to już od trzech lat.
- Hope, właśnie nie rozumiem- skomentowała mama.- Proszę Cię tylko o to, żebyś tam ze mną poszła.
- Pod jednym warunkiem.
- Tak?
- Nie będziesz kazała mi zrobić młodzieżowej kolekcji.
- Ooo nie.
- Mamo...- Jęknęłam.
- Nie zgadzam się.
- Wszystko kręci się tylko wokół tego cholernego wybiegu! Mam już dosyć! Myślisz, że dlaczego tata ciągle przedłuża swój wyjazd? Bo ma dosyć!- Krzyknęłam a Daniel i Nathaniel patrzeli na mniejak zaczarowani. Nieczęsto zdarza mi się krzyczeć. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam do wyjścia, po drodze zabierając kurtkę.
Leżąc na ławce w parku, niedaleko naszego domu, myślałam o tym, żeby zadzwonić do ojca. Zawsze wracał do domu, gdy zaistniała podobna sytuacja, jednak w tej chwili chyba nie bardzo chciałam, żeby wrócił. Znów zaczęły by się kłótnie o to, kto jest lepszym rodzicem.
Podniosłam oczy w górę i spojrzałam w gwiazdy. Dziadek nauczył mnie w dzieciństwie rozróżniać niektóre konstelacje, dlatego teraz mogłam zobaczyć mały i wielki wóz. Delikatnie zerwał się wiatr i przysłonił mi twarz włosami. Nie zamierzałam zebrać ani jednego kosmyka. Usłyszałam czyjeś kroki na żwirowej ścieżce i trochę się przestraszyłam. Szedł nią chłopak w kapturze, szurając nogami. Na chwilę zamarłam. Przez ułamek sekundy byłam pewna, że to Justin, ale chłopak odwrócił się i zawołał kolegę, który zdecydowanie bardziej od niego wolał dziewczynę, z którą się całował. Zaklął cicho pod nosem i ruszył przed siebie, rzucając mi gniewne spojrzenie. Opuściłam wzrok i podniosłam się do pozycji siedzącej. Chwilę potem minęli mnie chłopak i dziewczyna, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Rozpoznałam dziewczynę. Była to o rok młodsza ode mnie Susan, która niedawno wyleciała ze szkoły. Razem z chłopakiem zdewastowali główny hall w mojej szkole.
Podniosłam się z ławki i zamierzałam iść do domu, gdy po raz drugi wyminął mnie chłopak w kapturze. Uśmiechnął się do mnie, jednak zaraz znowu spoważniał i poszedł dalej. Spojrzałam na niego, jak na świra i ruszyłam do domu.
*********************************************************************************
To może teraz dobijemy do 10?
Little Monster ♥
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)