sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 4


 Spotkajmy się dzisiaj o szóstej w parku, niedaleko Twojego domu. To dla mnie bardzo ważne. Justin.
   Sms od Justina?! Tylko spokojnie, Hope, pomyślałam. Wdech, wydech. To tylko Justin. Justin to człowiek. Tylko człowiek. Usiadłam na łóżku, próbując uspokoić kołatanie swojego serca. Dlaczego wrócił do swojego starego numeru? Tyle razy próbowałam się z nim skontaktować... Skąd on miał mój numer? A może wcale go nie usunął?
- Hope, za pięć minut wychodzimy!- Krzyknęła mama z dołu.
- Dobrze, już schodzę!- Wrzuciłam swój telefon do torby i zaczęłam się szybko pakować. To dla mnie bardzo ważne. O co mogło chodzić? A może napisał tak tylko dlatego, żebym przyszła? Nie, nie, to nie w stylu Justina. A co było w jego stylu? Po co ja się w ogóle przejmuję jakimś spotkaniem?
- Hoooope!
- Idę- zgarnęłam torbę i biegiem ruszyłam do samochodu.


- Hope, muszę Cię pochwalić- powiedziała pani Lloyd.- Jestem z Ciebie bardzo zadowolona. Znowu jesteś w znakomitej formie.
- Starałam się.
- Widzę. Świetnie- uśmiechnęła się. Spojrzałam na Lunę, która dzisiaj była ze mną na próbie. Uśmiechnęła się.
- Dziękuję.
- No widzisz, Hope? Mówiłam, że jest coraz lepiej- Luna z uśmiechem poklepała mnie po ramieniu i wyszłyśmy z sali.


- Hope, co robisz w weekend?- Zapytał Barry, gdy weszłam do domu. Miał na sobie kuchenny fartuszek, a bliźniaki latały naokoło kuchennej wyspy z mąką w rękach.
- A co?- Zapytałam i zdjęłam buty.
- Nic, nic. Dzwonił Mark i pytał, czy przyjdziesz na pokaz...
- O Boże...- Jęknęłam.
- Tak myślałem- uśmiechnął się i wrócił do kuchni.
- Mama wrobiła Cię w niańkę?- Zapytałam i usiadłam przy kuchennym blacie.
- Miała coś ważnego do załatwienia. Pieczemy ciasteczka- dodał z uśmiechem i spojrzał na Daniela i Nathaniela, którzy bawili się w salonie. Dosłownie wszystko było w mące.
- Taaa, jasne.
- Soku?- Zapytał Barry z uśmiechem i pomachał kartonikiem, który wyjął z lodówki.
- Z chęcią- odparłam i odwzajemniłam uśmiech. Barry nalał soku do szklanki i przesunął w moją stronę.
- Dawno nie widziałem takiego uśmiechu- powiedział i spojrzał nerwowo na piekarnik. Ciasteczka stopniowo rosły, co wywołało uśmiech na twarzy Barry'ego.
- Takiego, to znaczy jakiego?
- Szczerego. Hope, czyżby to za sprawą jakiegoś młodzieńca?
- Nie?
- A to ciekawe- powiedział i zaśmiał się.
- Barry, na prawdę- dodałam na swoje usprawiedliwienie.
- Oczywiście.
- Pani Lliyd po prostu podniosła mnie dzisiaj na duchu. To wszystko.
- A jak aktorstwo?
- Spektakl wisi na włosku, bo prawie wszyscy z niego rezygnują. Mówili coś dzisiaj o jakimś nowym, ale zupełnie nie słuchałam. Zależy mi na tym pierwszym. W końcu mam tam główną rolę.
- No tak. Jestem pewien, że w tym nowym też obsadzą Cię w czołówce.
- Mam taką nadzieję. Inaczej chyba się załamię.
- Bez przesady- powiedział pocieszająco i odszedł do salonu.
- Barry, ciasteczka.
- Tak, wiem, Dan. Musimy uzbroić się w cierpliwość.
- A soczek?- Zapytał Nate, ciągnąc Barry'ego za rękaw.
- Hmmm pomarańcza czy multiwitamina?
- Multiwitamina- powiedzieli chórem.
- To za mną, chłopaki- powiedział i wszyscy pomaszerowali do kuchni. Ja w tym czasie ruszyłam na górę, do swojego pokoju.
   Rzuciłam torbę w kąt i położyłam się na łóżku. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mieliśmy nic zadane, miałam więc całkiem sporo wolnego czasu do dyspozycji. W związku ze zbliżającymi się dniami otwartymi, nie było jutro ani baletu, ani zajęć z aktorstwa. Postanowiłam spędzić ten dzień, jak każda typowa nastolatka w Stanach, więc przebrałam się w wygodne, aczkolwiek dopasowane ciuchy, zrobiłam lekki makijaż i ruszyłam na zakupy. Skierowałam się do największego domu handlowego w Atlancie, bo miałam tam dziesięć minut spacerkiem. Spojrzałam na telefon i zamarłam. Była piata pięćdziesiąt. Za dziesięć minut miałam znajdować się w parku nieopodal domu, żeby spotkać się z osobą, która była moją pierwszą miłością... Natychmiast skręciłam w boczną alejkę, kierując się w stronę parku. A co, jak nie przyjdzie? Hope, spokojnie, pomyślałam, gdyby nie chciał się spotkać, nie wysłałby smsa. Jeden sms i mam być na każde jego zawołanie? Gdzie był, kiedy najbardziej go potrzebowałam? Gwałtownie obróciłam się na pięcie i znowu ruszyłam w kierunku centrum handlowego. Spokojnie, Hope, wdech, wydech. Pójdziesz do centrum handlowego, może coś kupisz, potem wejdziesz do kawiarni, może tam spotkasz kogoś ciekawego. Nie chciałam nikogo spotykać, chciałam tylko i wyłącznie widzieć się z Justinem. On na mnie czeka, przemknęło mi przez myśl i po raz kolejny zawróciłam. Zawracałam jeszcze trzy razy, aż w końcu zdezorientowana usiadłam na krawężniku. Za dwie piąta. Co ja mam zrobić? Wyobraziłam sobie postacie z kreskówek, które mają dwie drogi wyboru, a u ich boku znajduje się diabeł i aniołek. Miałam dziwne poczucie, że nade mną też wisiały takie dwa stwory mojej wyobraźni, jednak były to dwa diabły, bo każde wyjście z tej sytuacji będzie złe. Gdy tam pójdę, będę żałować, bo potem znowu wyjdę na taką, której zależy, a Justin znowu mnie oleje. Gdy tam nie pójdę też będę żałować, że totalnie go olałam, a wtedy stracę z nim całkowity kontakt.
  Załamana, ukryłam twarz w dłoniach. Poczułam wibracje mojego telefonu. Doskonale wiedziałam, od kogo jest ta wiadomość.

   Hope, dlaczego nie przyszłaś? Proszę, to dla mnie bardzo ważne. Justin.

   Schowałam telefon do kieszeni i po minucie poczułam kolejne wibracje.

   Hope, proszę, to dla mnie bardzo ważne. Obiecuję, ze zajmę Ci najwyżej pięć minut.

   Wstałam z krawężnika i spacerkiem ruszyłam w stronę parku. Miałam mieszane uczucia. Justin siedział na ławce, która znajdowała się przy głównej dróżce. Siedział tyłem do mnie i spoglądał to na telefon, to na dróżkę, którą zapewne szłabym, gdybym wyszła z domu. Poczułam kolejne wibracje. Trzeci sms w ciągu pięciu minut? To do Justina baaardzo niepodobne.

   Hope, strasznie zależy mi na tym spotkaniu. Odezwij się, proszę.

   Dotarłam do ławki i stałam chwilę za plecami Justina. Gdy się odwrócił, podskoczył ze strachu.
- Jestem- powiedziałam obojętnym tonem.- Masz pięć minut.
- Hope- powiedział, a jego oczy lekko zabłyszczały. Natychmiast podniósł się z ławki.- Cieszę się, ze przyszłaś.
- Co było takie bardzo ważne?
- Hope, tak naprawdę to był pretekst, żeby Cię zobaczyć- odparł lekko zmieszany i swoim zwyczajem, podrapał się po karku.
- Jeśli to wszystko, to na razie- powiedziałam i odwróciłam się.
- Hope, zaczekaj- powiedział błagalnym tonem i chwycił mnie za ramię. Znacie to uczucie? Nagłe mrowienie w miejscu, w którym Cię dotknął, ,,motylki" w brzuchu, dreszcze, przyspieszony rytm serca... Ja osobiście nienawidzę tego uczucia, bo pojawia się za każdym razem, kiedy Justin jest za blisko.
- Co jeszcze?- Zapytałam, nie patrząc mu w oczy. Siłą obrócił mnie w swoją stronę.
- chciałem zapytać, czy my... Moglibyśmy się spotykać? Tak jak kiedyś?- Zapytał i uniósł palcem wskazującym mój podbródek tak, że byłam zmuszona na niego patrzeć.
- Tak jak kiedyś, czy jeszcze kiedyś?- Zapytałam kpiąco.
- Chciałbym znowu się z Tobą spotykać- oznajmił.
- Aha.
- Hope, proszę, nie bądź taka obojętna. Wiem, że to, co zrobiłem, jest...
- Tak, jest- odparłam.- A teraz byłabym szczęśliwa, gdybyś pozwolił mi już iść.
- Odpowiedz tylko na moje pytanie.
- Nie, Justin, nie możemy się spotykać. Nie rozumiem, o jakie kiedyś Ci chodziło. Tak na prawdę, to chyba nigdy nie wiedziałam, o co Ci chodziło. Jesteś już dużym chłopcem, pora zmienić zabawki- powiedziałam i ruszyłam szybkim krokiem w stronę domu. Wyjęłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz. Miałam smsa od mamy, który głosił, że jest już w domu. Nie chciałam tam wracać, więc zawróciłam i, chcąc, nie chcąc, musiałam przejść obok Justina. Nadal stał i wiercił wzrokiem dziury w ziemi. Nie zaszczyciłam go swoim spojrzeniem i przyspieszyłam kroku.
- Hope! Hope, zaczekaj! Proszę!- Krzyknął i puścił się za mną biegiem.
- Co?
- Hope, nie olewaj mnie w taki sposób.
- Jaki, Justin? Jaki?!
- Nie unikaj mnie. Dlaczego to robisz?
- Twoją odpowiedzią będzie odpowiedź na pytanie, dlaczego nie odezwałeś się do mnie przez trzy lata- syknęłam i pobiegłam w stronę centrum handlowego.


********************************************************************************


Jest tu kto? :((



Little Monster ♥

niedziela, 10 marca 2013

Rozdział 3


- Widzę cię dzisiaj o piątej w butiku. Nie przewiduję żadnego spóźnienia. Pływanie kończysz o czwartej. I nie próbuj robić numerów, tak jak poprzednim razem.
- Bo znowu zabronisz chodzić mi na balet?- Zakpiłam.
- I na aktorstwo również- ucięła mama i wyszła z mojego pokoju. Rzuciłam w zamknięte przez nią drzwi baletkami, które zdarłam na wczorajszej próbie. Żeby wrócić do formy, wstawałam dziennie dwie godziny wcześniej i biegłam na salę, żeby móc jak najwięcej ćwiczyć.


   W szkole jak zwykle nie odbyło się bez spięć. Byłam tak wściekła na mamę, że nie panowałam nad emocjami. Spóźniłam się jak zwykle na pierwsze zajęcia, co nie spodobało się równie nerwowemu jak ja profesorowi, który wykładał fizykę. Skończyło się na tym, że powiadomił mnie, iż zadzwoni do mamy informując ją o moim skandalicznym zachowaniu. W sumie, mógł sobie dzwonić, ile chciał. Mama albo nie odbierze, albo stwierdzi, że wszystkie "nie sławne" osoby są po prostu podludziem i taki ktoś, jak ja, czyli jej córka, nie musi kończyć szkoły. Ale najgorsze było dopiero przede mną. Miałam takiego pecha, że w mojej szkole były w zasadzie wszystkie "talenty": od tancerek klasycznych, poprzez graczy ciężkiej muzyki i tych grających muzykę klasyczną, po tzw. "pustaki", czyli dziewczyny, które próbowały zabłysnąć w całej szkole swoim śpiewem. Do tej świty należała również Cher- mój odwieczny wróg, który przywlókł się za mną ze Stratford. Dawno nie miałam z nią problemów, a więc dzisiejszy dzień musiał okazać się sądem ostatecznym. Przechodząc między ławkami w stołówce, z koleżanką z klasy, nie zauważyłam, gdy najpopularniejszy pustak z całej świty (czyt. Cher) właśnie wstał. Niosłam przed sobą tacę pełną jedzenia,a na jej szczycie znajdował się mój ulubiony sok pomarańczowy, który po chwili spływał po wściekłej Cher. Nastąpiło to po tym, jak Cher nieumyślnie walnęła w moją tacę łokciem. Zamarła, patrząc na swoją bluzkę. Zaczęła piszczeć jak oszalała, machając rękami.
- Ty idiotko!- Wrzasnęła. Luna, koleżanka z mojej klasy, pociągnęła mnie za rękaw. W normalnym stanie raczej bym jej uległa, ale dzisiaj nie miałam takiego zamiaru.
- Och, spokojnie, nie musisz obrażać samej siebie- odparłam całkiem spokojnie i odwróciłam się, udając, że chcę odejść.
- Ty! Ty! Jak śmiesz!- Krzyknęła rozwścieczona Cher i pociągnęła mnie za ramię.
- Tak?- Zapytałam, uśmiechając się promiennie.
- Czy Ty wiesz, ile kosztowała ta bluzka?!- Zapytała, rozglądając się na boki. Zebrał się spory tłum gapiów.
- Och, nie rozbawiaj mnie. Nawet jeśli była kosmicznie droga, to na pewno jest z sieciówki- rzuciłam z ironicznym spokojem i posłałam jej jeden z moich najładniejszych uśmiechów. Wszyscy oczekiwali reakcji Cher.
- Wcale nie jest z sieciówki!
- A skąd?- Zapytałam szybko. Zbiłam ją tym pytaniem z pantałyki.
- Jest od Dolce&Gabbana- odparła jeszcze szybciej niż ja, co wzbudziło moje podejrzenia.
- Och, naprawdę? Pozwól, że sprawdzę metkę- powiedziałam i szybko podwinęłam jej bluzkę. Bluzka miała metkę jakiegoś nieznanego mi sklepu.
- Nawet jeśli nie jest markowa, masz mi zwrócić kasę!- Krzyknęła, purpurowa ze złości.
- Chyba nie mam przy sobie drobnych- wyszczerzyłam się.- Ale jeśli chcesz- powiedziałam i ściągnęłam z siebie swoją bluzkę- mogę oddać Ci swoją, taką prawdziwą od Dolce&Gabbana- podałam jej swoją bluzkę. Jacyś chłopcy zaczęli gwizdać.
   Cher stała naprzeciw mnie i lustrowała mnie wzrokiem.
- Coś jeszcze?- Zapytałam anielskim głosem.- Aaa, mój stanik z Victoria's Secret też mam Ci oddać?- Zaśmiałam się i chwyciłam za swoje zapięcie.
- Nie- syknęła upokorzona Cher, odwróciła się na pięcie i wyszła ze stołówki. Zabrałam swoją bluzkę i ubrałam ją. Luna spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
- Wow- powiedziała Luna, gdy siadałyśmy, by wreszcie jeść.- To było niesamowite.
- Ktoś musiał jej się w końcu postawić. Miałam jej już tak strasznie dosyć...
- Nie tylko Ty. Wszyscy z naszej klasy mieli już dosyć Cher i jej ekipy. Tylko jak na razie jesteś pierwszą osobą, która jej się postawiła. To było cudne.
- bez przesady. Nigdy bym tego nie zrobiła, gdyby nie wkurzyła mnie moja matka... I jeszcze to spóźnienie na fizykę... Jak mnie wywalą ze szkoły, to nie wiem, co wtedy zrobię. Szkoła to moje całe życie.
- Nie dramatyzuj, tak źle nie będzie- pocieszyła mnie Luna. Rozległ się dzwonek, ogłaszając koniec przerwy "obiadowej".
- Świetnie- powiedziałam i wrzuciłam do kosza swój prawie nietknięty posiłek.- Chodź, bo znowu się spóźnimy- powiedziałam do Luny i pognałyśmy na zajęcia.


- Mówiłam Ci, mówiłam! Miałaś być tutaj o piątej! Ty wiesz jak ja teraz wypadnę przed Markiem? On mnie zabije!- Wrzasnęła mam, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi butiku.
- To jest tylko piętnaście minut spóźnienia. Nie rób scen. Nie moja wina, że cała Atlanta jest zakorkowana!
- Nie podnoś na mnie głosu. W tej chwili idź się przebrać i jedziemy do fryzjera. Piętnaście minut spóźnienia!- Znowu zaczęła krzyczeć, ale ja jej już nie słuchałam. Poszłam jak najszybciej się przebrać, żeby nie mieć z nią jeszcze więcej problemów. Ubrałam idealnie dopasowaną do mojej figury "małą czarną" i czarne szpilki. Zgarnęłam po drodze kopertówkę czerwonego koloru, która idealnie pasowała do podeszwy moich szpilek.
- Gotowa?- Zapytała mama, mierząc mnie wzrokiem.
- Tak- odparłam.
- Idź do samochodu, Barry już czeka.
- Jedziemy do fryzjera z Twoim ochroniarzem?
- Hope, Barry musi być z nami wieczorem.
- Jak to: musi? Przecież to miała być kolacja!
- Tak, Hope, to będzie kolacja. A wcześniej będzie pokaz.
- Mamooo- jęknęłam.- Zgodziłam się, bo myślałam, ze pojedziemy tylko na tą kolację, a nie na cały pokaz.
- Hope, proszę Cię, nie denerwuj mnie już. Idź do samochodu!
   Rzuciłam jej gniewne spojrzenie i wyszłam na parking przy butiku tylnym wyjściem. Weszłam do dużego czarnego samochodu z przyciemnianymi szybami i trzasnęłam za sobą drzwiami.
- Cześć, mała!- Rzucił Barry z uśmiechem.- Dawno Cię nie widziałem.
- Cześć- rzuciłam, wbijając wzrok w szybę, unikając tym samym jego spojrzenia.
- Co się stało?
- Co się stało? Moja matka znowu wrobiła mnie w jakiś idiotyczny pokaz!- Krzyknęłam.
- Czyli niestety nic się nie zmieniło- westchnął Barry.- Hope, znam Cię od takiego malutkiego szkraba i tak jak Twoja mama uważam, że masz ogromny talent- gdy to powiedział, chciałam zabić go wzrokiem.- Może spróbujesz to polubić?
- Barry, nie da się. Ja nie chcę robić tego co mama.
- Spróbuj chociaż trochę poudawać, że Ci się to podoba. Może wtedy mama odpuści? W końcu, jesteś najlepszą aktorką jaką znam, więc nie powiesz mi, że się nie da, prawda?
- Prawda. Dzięki, że jesteś Barry- powiedziałam, zdobywając się na uśmiech.
- Zawsze będę- odparł. Mama weszła do samochodu.
- Jedziemy- nakazała i Barry ruszył.


- Och, pokaz był znakomity, Mark- mama szczerzyła się jak głupia do sera.
- A Tobie jak się podobał, Hope?- Mark zwrócił się do mnie.
- Był świetny. Szczególnie podobały mi się te suknie w odcieniach zieleni.
- Nie byłem do końca pewny, czy wpuścić je na pokaz... Wydały mi się zbyt zwyczajne...
- O nie, tego na pewno nie można o nich powiedzieć. Zachwycają prostotą.
- Hope, co Ty na to, żeby zostać moją hmmm... osobą, która recenzuje moje pokazy?- Zaproponował Mark, a mnie dosłownie zamurowało.
- No...- Zaczęłam.
- Mark, można Cię prosić?- Zapytała jakaś niska kobieta, z masą papierów w ręku.
- Przepraszam panie- Mark uśmiechnął się przepraszająco.- Hope, daj mi później odpowiedź, ok?- Pokazał ręką gest, świadczący o tym, żebym do niego zadzwoniła. Pokiwałam twierdząco głową.


- Jestem wykończona- powiedziała mama, gdy weszłyśmy do domu. Rzuciła buty obok kanapy i opadła na nią.
- Ty wykończona? Bez przesady, ale to ja nalatałam się dzisiaj dziesięć razy więcej, niż Ty.
- No tak, Mark jest Tobą zachwycony. Chce, żebyś została jego recenzjonistką  i zaprosił Cię na swój kolejny pokaz.
- Nie chcę być modelką- odparłam.- Recenzjonistką też nie.
- Hope, masz idealne warunki. Niejedna modelka chciałaby mieć taką figurę, jak Ty. Jednak na coś przydał się ten balet. A co do tych recenzji... Znasz się na modzie, więc nie będzie źle.
- Idę do siebie- oznajmiłam i poszłam do swojego pokoju. Przechodząc przez korytarz, zauważyłam, że w pokoju bliźniaków nie świecą się lampki nocne.
- Mamo! Gdzie są bliźniaki?- Krzyknęłam.
- U ojca!- Odkrzyknęła mama i włączyła stary ekspres do kawy.


*********************************************************************************


Jest tu kto?

Little Monster ♥

wtorek, 19 lutego 2013

Rozdział 2


- Hope, jak myślisz, który kolor będzie pasował do tej sukienki?
- A jakie mamy do wyboru?- Zapytałam obojętnym tonem, siedząc w gabinecie mamy. Jej asystentka spojrzała na mnie ciekawym wzrokiem.
- Oj, Hope, więcej życia.
- Więcej życia? Nie poszłam przez Ciebie na balet. Na pewno nie zagram w tej sztuce.
- Nie musisz kończyć szkoły. Odziedziczysz po mnie firmę.
- Nie chcę robić tego, co Ty.
- To jak z tym kolorem?- Mama zmieniła temat.
- Blady róż, czarny albo czerwony. Nie, czerwony nie. Jest zbyt dziewczęca na czerwony kolor. Może błękitny, albo turkusowy?
- Myślę, że wystarczą dwa pierwsze. Zobaczymy, jak się sprzeda. Może zaprojektujesz coś?
- To ty jesteś projektantka, nie ja.
- Mogłabyś spróbować swoich sił. Zrobiłybyśmy młodzieżową kolekcję. Może Justin troszkę by Ci pomógł...
- Nie chcę projektować! I nie rozumiem, dlaczego się tak na niego uparłaś.
- Hope, nie rozumiem. zawsze świetnie dogadywałaś się z Justinem. O co chodzi?
- Mamo, miałam wtedy kilka lat. JA nie mam czasu. Muszę chodzić na treningi.
- A może Ty po prostu pozazdrościłaś Justinowi sławy?
- Mamo, sławy? On ma tysiące fanek sikających na jego widok i tyle samo osób, które w ogóle go nie akceptują. Nie chcę być sławna. Ja chcę być dobra.
- Chcesz byś doskonała, Hope, masz to po tacie. Nie można być we wszystkim doskonałym.
- Ja po prostu nie chcę być taka, jak Twój ideał Justin, rozumiesz?- zapytałam i poszłam do salonu. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu byłam w domu i naprawdę nie miałam co robić. Nudziło mi się, a projektowanie z mamą to ostatnia rzecz, jaką chciałam robić. Owszem, miałam talent, ale bardzo nie lubiłam tego robić. Mama uważała, że talent to dar od Boga, i nie wolno go marnować. Ale ja miałam też inne talenty i zamierzałam oddać się im, a nie projektowaniu. Chciałam udowodnić całemu światu, że nie pójdę w ślady matki. Powinnam być w tym czasie na balecie, ale mama stwierdziła, że przyda mi się mała przerwa.
   Doskonale pamiętałam, jak pierwszy raz poszłam na balet. Tylko i wyłącznie dlatego, że strasznie się nudziłam, bo Justin w tym czasie grał w hokeja. Potem dołączyła do mnie moja odwieczna rywalka Caitlin Beadles, ale odpadła po pierwszej kontuzji. Ja nigdy się nie poddałam. Tylko sobie zawdzięczam to, że znajduję się na tak wysokim szczeblu. Nikt nigdy nie motywował mnie w żaden sposób. Rodzice nie byli ani razu na moim występie. Wręcz przeciwnie, zawsze byłam demotywowana. Mama twierdziła, że nie dla mnie balet. Ona widziała moją przyszłość w zupełnie innych barwach. Miałam zostać modelką, a nie brzydkim kaczątkiem. Chciałam zrobić wszystkim na złość, pokazać, jak bardzo się mylą. Nigdy nie byłam ich ukochaną córeczką. Ich córka zawsze miała być grzeczna, poukładana... A ja nie zamierzałam się dostosować.
   Po raz pierwszy mama zdała sobie sprawę, że jestem dobra, gdy dostałam się do mojej obecnej szoły, trzy lata temu. To wtedy postanowiła, że dla mojego dobra (a raczej do jej rozwijającej się w szybkim tempie kariery) przeprowadzimy się do Stanów. To również wtedy dowiedziała się, że jest w ciąży, w dodatku z bliźniętami. Ale nie, to wcale jej nie przeszkodziło. Została najsławniejszą projektantką na świecie, tylko z tego powodu, że jej synowie urodzili się podczas jej pokazu. Uparła się, że nie pojedzie do szpitala, bo Fashion Week pójdzie w łeb. Urodziła za kulisami, a modelki przebierały się na korytarzu. Miały 25 sec, żeby przebrać się i przejść cały korytarz, a to było awykonalne. W efekcie modelki chodziły z rozwalonymi fryzurami, nie było czasu, żeby je poprawić. Jak powiedział Armani: ,,... w historii Fashion Week jeszcze nigdy nie było takiego zamieszania. Modelki chodziły z rozburzonymi fryzurami, co w efekcie dodawało pazura kreacjom Amelii". Tak, Armani pomagał mamie stawiać pierwsze kroki w modzie.
   Trzy lata później, czyli teraz, jestem jedną z lepszych aktorek młodego pokolenia, których nie wylansował Disney. Jestem profesjonalną baletnicą. Występowałam już na deskach największych teatrów świata. Wygrałam młodzieżowe igrzyska olimpijskie Stanów Zjednoczonych, oczywiście w pływaniu. Czym zapłaciłam za takie szczęście? Hmmm, dla normalnego człowieka mój sukces byłby najlepszym, co można dostać od życia. Ja po części żałuję. Nie widziałam babci, odkąd przyjechała zobaczyć bliźniaków. Ostatni raz rozmawiałam z nią przez telefon, gdy wysłałam jej prezent urodzinowy. Nie byłam na pogrzebie dziadka, który zawsze był dla mnie bardzo ważny. Nie mam przyjaciół. nie mam znajomych. Rozróżniam moich braci tylko po charakterystycznych elementach, ale gdy stoją odwróceni do mnie tyłem, nadal nie wiem, który to który. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tatę. No i ostatnie: nie mam żadnego kontaktu z mamą. Mamy zupełnie inne wartości. Ona potrafi wszystko przeliczyć na pieniądze, ja nie. I chyba to nas najbardziej różni.
   Pozbierałam się z kanapy, na której siedziałam leniwie i ruszyłam do swojego pokoju.
- Hooooope!- Usłyszałam wołanie z góry i przyspieszyłam kroku. Dan stał na środku korytarza z uśmiechem na twarzy.
- Co się stało?- Zapytałam, głaszcząc go po głowie.
- Chodź- powiedział jeszcze niewyraźnie i pociągnął mnie za rękę.
- O co chodzi?- Zapytałam, gdy weszliśmy do pokoju chłopaków.
- Nie ma nigdzie Nate'a- odparł smutno. uśmiechnęłam się i usiadłam na podłodze.
- Gdzie Nate może być?- Zapytałam i ujrzałam stópkę mojego drugiego brata wystającą spod sterty pluszaków. Usłyszałam w odpowiedzi słodki śmiech.
- Tu jest!- Złapałam Nate'a za stopę i pociągnęłam w swoją stronę. Przejechał po panelach na plecach ze śmiechem.
- Tu jestem, jestem!- Zawołał uśmiechnięty.- Dan! Chodź!- Pociągnął brata za rękę i uciekli do drugiego pokoju.
   Wstałam i poszłam do swojego pokoju. Panował tu idealny porządek za sprawą naszej sprzątaczki. Sięgnęłam po swojego iPada i włączyłam muzykę. Ostatnio było to moje ulubione zajęcie. Nie miałam się za bardzo do kogo odezwać, więc wolałam słuchać muzyki, niż bezsensownej paplaniny mojej mamy. Zawsze kończyło się tak samo: wychodziłam z pomieszczenia, w którym ona przebywała. Nienawidzę tego, że nigdy nie potrafi mnie zrozumieć. Może za mało rozmawiamy? Wszystkie mamy zauważyłyby, ze jej dzieci przechodzą różne okresy, ale nie moja. Moja chyba nawet nie definiowała się do słowa mama.

   Wieczorem jak zwykle przy stole nie mogło obyć się bez dyskusji na temat pokazu przyjaciela mamy, na który zostałyśmy zaproszone. Nie chciałam w nim uczestniczyć, mama dobrze o tym widziała.
- Hope, nie rozumiem, dlaczego nie chcesz się zgodzić.
- Mamo, nie bawi mnie takie koktajlowe życie. Nie chcę mieć nic wspólnego z wybiegiem. Nie potrafisz tego wreszcie zrozumieć? Tłukę Ci to już od trzech lat.
- Hope, właśnie nie rozumiem- skomentowała mama.- Proszę Cię tylko o to, żebyś tam ze mną poszła.
- Pod jednym warunkiem.
- Tak?
- Nie będziesz kazała mi zrobić młodzieżowej kolekcji.
- Ooo nie.
- Mamo...- Jęknęłam.
- Nie zgadzam się.
- Wszystko kręci się tylko wokół tego cholernego wybiegu! Mam już dosyć! Myślisz, że dlaczego tata ciągle przedłuża swój wyjazd? Bo ma dosyć!- Krzyknęłam a Daniel i Nathaniel patrzeli na mniejak zaczarowani. Nieczęsto zdarza mi się krzyczeć. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam do wyjścia, po drodze zabierając kurtkę.

   Leżąc na ławce w parku, niedaleko naszego domu, myślałam o tym, żeby zadzwonić do ojca. Zawsze wracał do domu, gdy zaistniała podobna sytuacja, jednak w tej chwili chyba nie bardzo chciałam, żeby wrócił. Znów zaczęły by się kłótnie o to, kto jest lepszym rodzicem.
   Podniosłam oczy w górę i spojrzałam w gwiazdy. Dziadek nauczył mnie w dzieciństwie rozróżniać niektóre konstelacje, dlatego teraz mogłam zobaczyć mały i wielki wóz. Delikatnie zerwał się wiatr i przysłonił mi twarz włosami. Nie zamierzałam zebrać ani jednego kosmyka. Usłyszałam czyjeś kroki na żwirowej ścieżce i trochę się przestraszyłam. Szedł nią chłopak w kapturze, szurając nogami. Na chwilę zamarłam. Przez ułamek sekundy byłam pewna, że to Justin, ale chłopak odwrócił się i zawołał kolegę, który zdecydowanie bardziej od niego wolał dziewczynę, z którą się całował. Zaklął  cicho pod nosem i ruszył przed siebie, rzucając mi gniewne spojrzenie. Opuściłam wzrok i podniosłam się do pozycji siedzącej. Chwilę potem minęli mnie chłopak i dziewczyna, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Rozpoznałam dziewczynę. Była to o rok młodsza ode mnie Susan, która niedawno wyleciała ze szkoły. Razem z chłopakiem zdewastowali główny hall w mojej szkole.
   Podniosłam się z ławki i zamierzałam iść do domu, gdy po raz drugi wyminął mnie chłopak w kapturze. Uśmiechnął się do mnie, jednak zaraz znowu spoważniał i poszedł dalej. Spojrzałam na niego, jak na świra i ruszyłam do domu.

*********************************************************************************

To może teraz dobijemy do 10?

Little Monster ♥

niedziela, 20 stycznia 2013

Rozdział 1


- Nie zgadniesz, kto dzisiaj zadzwonił- powiedziała mam, gdy wpadłam do domu po szkole jak burza, by szybko się przebrać, zjeść obiad i zabrać torbę na balet.
- Mamo, proszę, nie teraz. Spóźnię się na balet. Wtedy na pewno nie pojadę na ten spektakl do Paryża.
- Ale to zajmie Ci tylko minutkę. Dzwoniła Pattie Malette. Zaprosiła nas dzisiaj na kolację. Chciałabym, żebyś po pływaniu przyjechała szybciej niż zwykle.
- Nigdzie nie jadę- oznajmiłam i pobiegłam na górę.
- Jak to nigdzie nie jedziesz?
- Tak to. Mam dosyć pani Malette i jej debilnego synalka. Możesz powiedzieć, że mam jakieś zajęcia, że gdzieś wyjechałam, albo po prostu powiedz jej prawdę.
- Przecież zawsze lubiłaś spędzać czas z Justinem.
- Właśnie mamo. LUBIŁAM. I nie wymawiaj przy mnie tego idiotycznego imienia.
- Nie poznaję cie. Jak ty się w ogóle do mnie odzywasz?
- Normalnie. Przecież ty nigdy nie rozmawiasz ze mną jak matka z córką, tylko jak projektantka z pracownikiem. A wiec ja, jako parobek, się tobie sprzeciwiam. A teraz proszę wybaczyć, ale muszę lecieć na balet, bo i z tego mnie przez ciebie wyrzucą- syknęłam i wybiegłam z domu. Złapałam taksówkę i pojechałam na balet.

- Hope, mogę Cię prosić?
- Coś się stało?- Zapytałam zdziwiona. Otarłam się ręcznikiem z potu i zabrałam po drodze butelkę z wodą.
- Wyjazd do Paryża jest już za dwa miesiące. Nie damy rady bez intensywnych ćwiczeń- oznajmiła pani Lloyd, moja nauczycielka tańca.
- Rozumiem, ale...
- Hope, musisz wziąć się w garść. Jesteś najlepsza. Nie możesz pozawalać sobie na błędy. Pamiętasz zasady? Jeśli najlepszy popełnia błędy, cała grupa je popełnia.
- Rozumiem. Przepraszam, pani Lloyd. To się więcej nie powtórzy.
- Mam taką nadzieję- powiedziała, a ja ruszyłam do szatni.
- Hope!- Zawołała pani Lloyd, gdy już miałam wsiadać do taksówki.
- Tak?
- Pamiętaj, że gdyby coś się działo, możesz ze mną o wszystkim porozmawiać.
- Oczywiście, będę pamiętać- odparłam i wsiadłam do taksówki.
   Ale o czym ja miałabym jej powiedzieć? O tym, że niedawno widziałam chłopaka, w którym byłam nadal zakochana? Że mieszkamy w tym samym mieście już od trzech lat i dopiero teraz na siebie wpadliśmy? Że nie pamiętam, jak to jest mieć matkę, bo od kiedy ta została projektantką mody, to nic się dla niej nie liczy oprócz ciuchów? Że chciałabym mieć ojca, a nie weekendowego tatusia? Że chciałabym, aby moi dwuletni bracia mieli dom, jakiego ja nigdy nie miałam?
   Wysiadłam z taksówki, stwierdzając, że w moim życiu nie ma żadnych odpowiedzi, są za to miliony pytań. Byłam już spóźniona o całe piętnaście minut, wpadłam więc do sali ze scenariuszem, cała zdyszana.
- Czy nie sądzisz, że powinnaś z czegoś zrezygnować, McCartney?- Zapytał nauczyciel aktorstwa w naszej szkole.
- Nie rozumiem- odparłam.
- Czwarte spóźnienie w tym tygodniu.
- Próbował pan przejechać w godzinę z jednego końca Atlanty na drugi?
- czy ty śmiesz mi pyskować?- Zapytał. Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Nie, ja... Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy.
- Jeszcze jeden taki numer i nie lecisz z nami do Los Angeles.
- Naprawdę, przepraszam- powiedziałam i dołączyłam do reszty.

   Skonana, padłam na łóżko w swoim pokoju. Nie dane było mi jednak nacieszyć się spokojem, bo mój telefon dzwonił jak oszalały. Siedemnaście  nieodebranych połączeń od mamy. Zapowiadało się świetnie. Wybrałam jej numer i cierpliwie czekałam, aż skończy prawić swoje kazania.
- Masz tutaj w tej chwili przyjechać- zakończyła swój monolog.
- Ani mi się śni.
- Widzę cię za piętnaście minut, albo nie lecisz do żadnego Paryża.
- Żartujesz chyba. Nie możesz mi tego zrobić.
- Jestem z panią Lloyd cały czas w kontakcie. Sukienka i byty są w twojej garderobie. Pamiętaj, piętnaście minut- syknęła i rozłączyła się. Popatrzyłam ze złością w lustro. Miałam teraz pojechać i udawać, jak bardzo kocham moją mamę? Tak, Hope, masz udawać. Nie masz innego wyjścia, jeżeli chcesz coś osiągnąć bez pomocy mamy.
   Weszłam do garderoby, w której, istotnie, wszystko było przygotowane. Obok sukienki, butów, torebki i delikatnej bransoletki, która pasowała do kolczyków, które dostałam od taty tydzień temu (tak, domyśliłam się, że mam je włożyć), widniało zdjęcie jakiejś dziewczyny, która miała wytwornego koka. Na odwrocie przeczytałam, że właśnie tak powinnam spiąć swoje włosy i nie przesadzać z makijażem. Włożyłam bieliznę pod bladoróżową sukienkę i siłowałam się z zamkiem, który jakby na złość, właśnie w tej chwili się zaciął. Ubrałam wysokie czarne szpilki od Laboutina (mam nie kupowała innych butów, no, może z wyjątkiem butów dla moich braci), spięłam włosy w koka, takiego jak na zdjęciu i zrobiłam lekki makijaż (podkreślone oczy, delikatny podkład, odrobina różu i matowy błyszczyk). Zgarnęłam torebkę, po drodze wrzucając do niej telefon, a następnie klucze, gdy już w końcu wyszłam z domu. Złapałam taksówkę i pojechałam do restauracji, w której zazwyczaj spotykamy się z kimś bardzo ważnym. Od razu odnalazłam stolik, przy którym siedziała moja mam i spółka. Mama była ubrana w ,,małą czarną" a na nogach miała te same szpilki, co ja. Jej nadgarstek zdobiła bransoletka z ametystami. Moi bracia siedzieli po jej obu stronach ubrani w białe koszule jej marki i dopasowane czarne spodnie. Mieli idealne fryzurki, nad którymi pewnie pracował fryzjer mojej mamy. Pattie była ubrana w czerwoną sukienkę. Nie miała na sobie żadnej zbytecznej biżuterii, jedynie naszyjnik z literą J. Justin siedział obok niej i od razu mnie zauważył. Jego fryzura była jak zwykle idealna. Nie wyjął kolczyków z uszu, co musiało na pewno drażnić Pattie, gdyż od zawsze nienawidziła ,,ozdób" u chłopaków. Jus ubrany był w dopasowaną jeansową koszulę i luźne czarne spodnie. Na nogach miał jak zwykle supry.
- Dzień dobry- powiedziałam, siadając delikatnie z uśmiechem obok mojego brata, Dana.- Przepraszam za spóźnienie, musiałam zostać trochę dłużej na pływalni. Mam nadzieję, że nic się nie stało.
- Wow- wyrwało się Justinowi, a Pattie skarciła go wzrokiem.
- Tak, Amelia opowiadała, że masz dużo zajęć. Justin też jest strasznie zabiegany, ale biorąc pod uwagę twoje zajęcia, to Justin też powinien zacząć chodzić do szkoły.
- Nie sądzę, by to było konieczne- powiedział Justin, cały czas nie odrywając ode mnie wzroku.
- Nauczanie w domu nie jest jednak takie samo, jak w szkole, Justin- powiedziała mama, zwracając się do niego.
- W sumie... Mógłbym chodzić do tej samej szkoły co Hope- oznajmił Justin, a ja omal nie udławiłam się wodą, którą właśnie przyniósł dla mnie kelner. Mama tylko spojrzała na mnie karcąco.
- Justin jest zdolny, z pewnością mógłby nadrobić zaległości... W końcu rok dopiero co się zaczął- powiedziała Pattie, a ja w tym czasie zabijałam Justina wzrokiem.
- Nie znam nikogo w Atlancie, a Hope znam od dziecka. Myślę, że to świetny pomysł- powiedział Justin i posłał mi swój zabójczy uśmiech.
- Oczywiście- potaknęłam głową i uśmiechnęłam się promiennie.- Wspaniały.

   Wracaliśmy do domu razem z Justinem i Pattie, ponieważ Pattie nalegała na to, by zobaczyć, jak mieszkamy, na co mama chętnie przystała. Gdy weszliśmy, moi bracia bliźniacy od razu pobiegli do wspólnego pokoju. Mama, jak przystało na gospodynię, pomogła Pattie zdjąć okrycie i zawiesiła je na garderobie. Justin tylko rozpiął bluzę i stał w korytarzu. Ja natomiast udałam się do kuchni, gdzie nalałam sobie wody i usiadłam przy stole.
- Hope, może pokażesz Justinowi swój pokój?- Zapytała tonem, który mógłby brzmieć jak rozkaz.
- Jasne- odparłam z wyćwiczonym uśmiechem.- Chodź, Justin- powiedziałam słodko i ruszyłam na górę. Chwyciłam się poręczy, by przypadkiem nie upokorzyć się przed Justinem.
- Hope, zbudujmy wieże!- Krzyknął Nate.
- Nie wiedziałem, że masz dwóch braci- powiedział Justin, obserwując moich prawie identycznych braci.
- Potem, dobrze, Nate?- Powiedziałam i zręcznie wyminęłam Nate'a, który stanął mi na drodze.
- Ile oni właściwie mają lat?- Zapytał Justin, nadal idąc za mną.
- Witaj w moim królestwie- syknęłam i uśmiechnęłam się niewinnie, przepuszczając Justina w drzwiach mojego pokoju.
- Hope, zmieniłaś się- powiedział, siadając na moim łóżku.
- Nie, Justin. To życie mnie zmieniło. Ja po prostu dostosowałam się do reszty- powiedziałam i podeszłam do okna.
- Jak to jest możliwe, że mieszkaliśmy w tym samym mieście od trzech lat i dopiero teraz na siebie wpadliśmy?- Zapytał. Czułam na sobie jego wzrok.
- Niektórzy są tak wpatrzeni w czubek swego nosa, że po prostu nie zauważają innych.
- Mam tobie tak samo dużo do zarzucenia, co ty mi- powiedział szeptem. Moje oczy stały się mokre, ale w ciągu ostatnich trzech lat nauczyłam się doskonale maskować emocje. Życie i aktorstwo mogą nauczyć naprawdę niesamowitych rzeczy.
- Zobaczyłeś już mój pokój, możemy zejść na dół- odwróciłam się w stronę Justina i oniemiałam. Trzymał w ręku nasze wspólne zdjęcie, które zrobiliśmy trzy i pół roku temu na wycieczce szkolnej. Było to jedno z trzech zdjęć, jakie znajdowały się w pokoju. Na ścianie nad łóżkiem wisiało moje zdjęcie z pierwszych zajęć baletowych. Drugie zdjęcie stało na komodzie, było to nasze rodzinne zdjęcie. Te ostatnie, które Justin trzymał w ręku, było w szufladzie, którą przez nieuwagę zostawiłam otwartą.
- Tak, możemy już iść- powiedział i odłożył zdjęcie z powrotem na miejsce po czym wyszedł z mojego pokoju.
********************************************************************************

Jesteście? Dobijemy do 10 komentarzy pod rozdziałem?

Little Monster


Jeśli ktoś chce być powiadamiany o NN, proszę uprzejmie o pozostawienie swojego numeru GG lub Twittera  :)

http://LittleMonsterJW.odpowie.pl    <-- Pytania można zadawać ANONIMOWO!

niedziela, 4 listopada 2012

Prolog


- Hope!- Usłyszałam za plecami, gdy wychodziłam na ulicę. Odwróciłam się gwałtownie, jakby nie wierząc, czyj głos usłyszałam. Na moja reakcję zareagował szerokim uśmiechem. Szybko podbiegł do mnie i mocno mnie przytulił.- Co Ty tutaj robisz?
- Idę do sklepu- odparłam całkiem naturalnie i wyswobodziłam się z jego objęć. Nie działało na mnie to, że... No właśnie, stał przede mną Justin Bieber we własnej osobie.  Nie działało to, że był nieziemsko przystojny, że pragnęła go każda nastolatka, ani to, że był bogaty i sławny. Nie potrafiłam wybaczyć mu tego, ze tak po prostu o mnie zapomniał...

   Wszystkie dzieci w przedszkolu bawiły się razem, tylko ona stała na uboczu. Coś pchnęło małego gentlemana, żeby do niej podejść. 
- Dlaczego nie bawisz się zresztą?- Zapytał kilkuletni chłopiec, zerkając na małą brunetkę. Nie spojrzała na niego, tylko jeszcze bardziej cofnęła się w kąt. Opuściła głowę tak, że jej kasztanowe włosy opadły na jej śliczną buźkę.
- Chodź- ponownie do niej przemówił.- Nie musimy się z nimi bawić. Zostaniemy przyjaciółmi?- Uśmiechnął się nieśmiało i pociągnął ją za rękę. Spojrzała prosto w jego czekoladowe tęczówki i nie potrafiła stawić oporu.

- Do sklepu?- Zdziwił się, mierząc mnie od góry do dołu.
- Tak, do sklepu.
- Ty tutaj mieszkasz?- Zapytał, wskazując skinieniem głowy na dosyć spory blok mieszkaniowy.
- Od trzech lat- odparłam z wyćwiczonym uśmiechem.
- Żartujesz?- Zaśmiał się sztucznie,.
- Nie. Dużo się zmieniło- odparłam i odwróciłam się na pięcie.
- Hope, proszę, zaczekaj- powiedział błagalnie i złapał mnie za rękę.
- Tak?- Uśmiechnęłam się do niego promiennie. Tak jest, Hope. Trzy lata aktorstwa naprawdę Ci się przydały.
- Możemy pogadać?
- Przykro mi, Justin. Jak widzisz, teraz idę do sklepu, o pierwszej mam próbę do spektaklu, a o czwartej balet. Może innym razem- wyrwałam swoją rękę i ruszyłam przed siebie.
- Czyli dostałaś się do tej szkoły? Super- Justin dogonił mnie i wyraźnie ucieszył się, ze znalazł ze mną wspólny temat.
- Nie tylko Ty masz prawo do spełniania swoich marzeń. Tylko nie każdy od początku ma szczęście- odparłam chłodno i przyspieszyłam kroku.
- Może pójdziemy dzisiaj do kina?- Zapytał prosto z mostu, patrząc mi prosto w oczy. Musiałam spuścić wzrok, żeby mu nie ulegnąć.
- Justin, miałeś trzy lata na to, żeby napisać głupie cześć. Totalnie mnie olałeś- odważyłam się i spojrzałam w jego czekoladowe oczy. Wydawał się być smutny.
- Ale teraz chcę to naprawić- odparł i czekał na moją reakcję.
- To tylko przypadek. Tak jak to, że się dzisiaj spotkaliśmy. Wtedy... Nawet się ze mną nie pożegnałeś- poczułam, ze moje oczy stają się lekko mokre, odwróciłam się i po prostu uciekłam.


********************************************************************************

Jest tu kto?

Little Monster